Rodman Clark, obiecujący aplikant adwokacki, poznał Sonię. Oczarowała go swym uśmiechem, bezpośredniością, burzą czarnych włosów, piwnymi oczyma i ciemną cerą. Była jednak bardzo młoda... Zbyt młoda...

Sonia miała 4 lata, zapłakaną, histeryzującą matkę i ojca w pomieszczeniu zatrzymań dla deportowanych. Matka Sonii zjawiła sie u Rodmana późnym popołudniem i łamana polszczyzna mieszana z rosyjskim opowiedziała o swojej tragedii.

Jej mąż handlował nielegalnymi papierosami na stadionie. Mógł robić tylko to, nie miał szans na normalną pracę, bo przebywał w Polsce nielegalnie. Do rodzinnej Armenii nie mieli po co wracać - Polska stała sie ich drugim domem. Polubili to miejsce. Znaleźli sie również Polacy, którzy polubili ich. Tatę Soni najbardziej lubili dwaj Policjanci regularnie patrolujący stadion. Za każdym razem, gdy go widzieli uśmiechali sie szeroko i wołali: Dziengi dawaj! Tysiacz dawaj! I tata Soni płacił... Tym razem jednak nie dal - to była czwarta taka prośba w tym miesiącu. Nie dał, a jego polscy "przyjaciele" obrazili sie za to. Obrazili się do tego stopnia, że teraz czekał na deportację.

Mała Sonia nie wiedziała co stanie się z jej ojcem. Rodman też nie wiedział. Zastanawiał się nad jedną kwestią: czy miłym polskim Policjantom choć raz w życiu przyśnią się mokre, brązowe oczy Soni…?